There are no translations available.

Co takiego jest w Transcarpatii, że jak jesteś na trasie kolejnego etapu powtarzasz, że to jest bez sensu i ostatni raz bierzesz udział w tej imprezie, że lepiej sobie samemu spokojnie pomykać przez polskie Karpaty, że szkoda tak się poniewierać...Po czym w listopadzie rejestrujecie się jako jeden z pierwszych teamów i zaczyna się...

Tak właśnie było z nami...
Na skutek zawodowych perturbacji, w stosunku do 2006, zmieniła się połowa składu naszego teamu – Wojtka zmienił Marcin, góral ze Skoczowa, wierny kibic GieKSy. Bez tego, ani rusz. Zmieniło sie też przygotowanie - w miarę możliwości czasowych, solidnie przepracowana zima i sporo wiosenno-letnich tras w Beskidach oraz GIGA na maratonach sprawiło, iż zwykli przerzucacze biurowych papierków stali się rowerzystami górskimi. Dzięki temu na metę kolejnych etapów dojeżdżało coś więcej niż zwłoki na rowerach. Swoje miejsce w szeregu jednak znaliśmy mimo wszystko i jakoś nie było okazji do zaprzyjaźnienia się na trasie z Vegemite Sandwich tudzież z francuskim TGV. Choć akurat do przyjaźni z TGV nie było znowu tak daleko bo wielokrotnie mijaliśmy się na trasie tyle, że Francuzi jakoś zawsze jechali w przeciwnym kierunku. Ich nawigacja była po prostu inna.

Nawigacja…
Jak planowaliśmy tak zrobiliśmy (do połowy 7 etapu) – żadnych błędów nawigacyjnych, a jedynie planowane modyfikacje, które zaprocentowały szczególnie na 3 etapie z Kościeliska do Szczawnicy. Największy postęp dokonał się w okolicach podhalańskich Cipek. Dla większości zespołów był to podjazd, czy też jak kto woli „wjazd na Cipki“, a dla nas przyjemny i szybki „zjazd z Cipek“, ponieważ na PK dotarliśmy od drugiej strony bez wcześniejszej utraty wysokości na Gubałówce. Zysk czasowy ok 40 min. Takim to sposobem wywołująca lekki uśmiech nazwa „Cipki“ stała się istotna dla wyników. Ostatnie 15 km trasy w tym dniu to pasmo modyfikacji trasy sugerowanej, co dało nam kolejne zaoszczędzone minuty i siły. Dobra passa nawigacyjna trwała do połowy ostatniego etapu, na którym to miała zostać rozegrana ostatnia, siódma bitwa rowerowa pomiędzy nami, a holenderskim teamem Last Gear.

Holenderskie tulipany Last Gear…
Rinie i Harold od pierwszego do ostatniego etapu jechali z nami łeb w łeb. Do dzisiaj mam przed oczami mijane lub mijające żółto-czarne stroje z pajęczyną na piersi. W przyszłym roku będa już startować w kategorii Masters, tym bardziej nie chcieliśmy oddawać pola bez walki. Kilkunastominutowe przewagi to jednej to drugiej drużyny na poszczególnych etapach spowodowały, że po 6 dniach mieliśmy ledwie ok. 10 minut przewagi. Siódmego dnia wyrwaliśmy od startu ile sił, jadąc tempem najlepszego mixu, żeby ugrać ile się da (maks. 2 oczka w górę) lub nie stracić za wiele (maks 3 oczka w dół). Wszystko szło jak spłatka do miejsca przed 5 PK. Jako nawigator w tym dniu, nie zauważyłem wszystkich odgałęzień torów kolejki wąskotorowej i pojechaliśmy w złą stronę, jadąc po torowisku po fatalnych dziurach. Dodatkowo połamałem tytanowe siodełko Selle Italia warte tyle co cały rower w Makro, więc musiałem jechać na stojaka w kiepskim nastroju. Nie byliśmy sami na tym „wariancie“, ale to było kiepski pocieszenie – cały wysiłek zmarnowany. Zanim się zorientowaliśmy i zawróciliśmy, łączna strata wyniosła prawie pół godziny.
Taka wpadka działa fatalnie na psychikę i automatycznie odbiera siły. Nawigację przejął Marcin i po chwili wylądowaliśmy w dziwnym błotnistym miejscu bez perspektyw. Parę minut kluczenia i wracamy na właściwą ścieżkę, a tam … żółto-czarne pajęczyny. Jakież było nasze wzajemne zdziwienie. Teraz wystarczyło się ich trzymać by nie stracić 10 minut przewagi. Holendrzy zjeżdżali zwykle szybciej od nas, tracąc za to na podjazdach, ale 8 km przed metą był długi zjazd. Na wceśniejszych etapach kilka razy zdażyło się jednak, że mijaliśmy ich na końcu zjazdu zmieniających dętki i w ogólnym rozrachunku strata była znacznie większa niż zysk na szybkim zjeździe. W tym dniu było tak samo – na zjeździe zostaliśmy wyprzedzeni, po czym mijaliśmy rozgoryczonych rywali pochylonych nad kołem. Na mecie były wzajemne gratulacje i „shake-hands“ za sportową walkę. Wolniejsze i ostrożne zjazdy były wkalkulowane i stanowiły element naszej taktyki, ale i na tym polu odnieśliśmy mały sukces.

Pojedynek down hill z najlepszym enduro…
Nawet nie pomyślelibyśmy stawać w szranki Los Diabolos na zjazdach, bo to przecież ich specjalizacja. Ale na zjeździe z Jaworzyny Krynickiej górą były Hanysy z GieKSy. Chipowanie na ostatnim PK odbyliśmy jednocześnie. Dynamicznie ruszyliśmy w czwórkę w dół. Diabły nie trafiły w odpowiednią drogę w prawo, a my tak, i to był klucz do sukcesu. Czyli znowu nawigacja. Kilkadziesiąt sekund przewagi na mecie i olbrzymia satysfakcja.

Taktyka…
Taktyka na TC być musi. Bez niej jest albo dużo trudniej, albo nie dojeżdża się do mety. Jasne określenie celu, który ma przed sobą team, szczególna koncentracja i uwaga na nawigację, dokładne planowanie trasy przed każdym etapem, szukanie modyfikacji, bardzo dokładna diagnostyka i serwis rowerów po każdym etapie, kluczowe części zamienne w plecaku na trasie, dbanie o własną formę (sen i odżywianie !!!) oraz jeszcze kilka drobniejszych kwestii. Posiadanie taktyki sprawdziło się więc polecamy.

Wyniki …
Przed wyścigiem uczestnicy TC dzielą się na 2 grupy: jadący „po wynik“ lub jadący, „żeby dojechać“. W trakcie wyścigu rodzi się trzecia grupa, „żeby dojechać, ale jak się uda, to coś tam uszczknąć z wyniku“. Do tej grupy my się zaliczaliśmy. Ważne jest żeby cel obu teamowiczów był taki sam. Jak to nie gra, to można nawet nie przyjeżdżać na start, bo do mety i tak się nie dojedzie, a w najlepszym przypadku będzie to stracone 7 dni. Przed startem, 32 miejsce przyjęlibyśmy w ciemno. Na mecie również odbieramy to jak sukces. Na tyle było nas stać. Pojechaliśmy na miarę swoich możliwości (czytaj czasu wolnego na trening). Porównując obie edycje stwierdzam, że w 2007 praktycznie nie było teamów przypadkowych, bardzo wiele drużyn prezentowało wysoki i wyrównany poziom. Szanując dokonanie Mirka i Jarka oraz Belgów i Autriaków z ubiegłego roku stwierdzam, że byłoby im znacznie trudniej z czołówką tegoroczną.

Partner...
Zarówno start w 2006 jak i w 2007 potwierdził, że rola Partnera jest nieoceniona i jest to dużo ważniejsze niż na przykład rower na jakim się jedzie. Niewiele było rowerów podobnie słabej klasy jak nasze, ale wzajemne relacje pozwoliły cieszyć się wyścigiem i Transcarpatia pozostanie naszą największą i zarazem wspaniałą przygodą rowerową.

Thank You…
Dziękujemy jako zespół Marcinowi Rygielskiemu, że walczy o imprezę i robi to skutecznie, że w dalszym ciągu historia „TransCarpatia“ trwa; wszystkim ludziom z obsługi za zaangażowanie i wielokrotnie mniejszą lub większą pomoc; pozostałym Teamom za tworzenie niepowtarzalnej atmosfery. Dzięki.
Osobiście dziękuję moim najbliższym za wyrozumiałość i wsparcie w czasie przygotowań i wyścigu. No i wielkie dzięki Marcin, za wspólny czas treningów, kilka tysięcy wspólnych kilometrów, kilometry przewyższeń i współpracę na trasie.

Apel…
Mam jedną gorącą prośbę do pozostałych uczestników, sympatyków Transcarpatii – nie narzekajcie !!! Jeśli macie narzekać, to nie zapisujcie się i nie jeździe w tym wyścigu. Odbieracie innym radość z bycia Transcarpatczykiem, a organizatorom zapał do tworzenia kolejnej edycji. Ja również mam tu i ówdzie zastrzeżenia, ale … nie widzę powodów podkręcać wszystkich. I o to Was proszę. Często są to w mojej opinii wypowiedzi ludzi, którzy nie mają bladego pojęcia o organizacji czegokolwiek i tak naprawdę zupełnie nic nie wnoszą, są po prostu bez sensu. Sorry,ale takie jest moje zdanie. Sam jestem Orgiem imprezy rowerowej i wiem mniej więcej z czym to się wiąże. Wierzcie, nie jest łatwo.

Tomek Wojtala & Marcin Broda Team „Hanysy z GieKSy“