There are no translations available.

W ubiegłym roku napisałem, że prawodpodobnie nie ma bardziej męczącego wyścigu wieloetapowego niż Transcarpatia, więc muszę w tym miejscu skorygować tą opinię. W świetle naszych dotychczasowych doświadczeń min. na Crocodile-Trophy, Cape Epic z całą pewnością mogę powiedzieć, że nie ma żadnego bardziej męczącego wyścigu niż Transcarpatia.

W ubiegłym roku Gregor (NoTri) i ja (NoRmal) musieliśmy uznać wyższość niekończących się dzikich gór Polski południowej i uznać się za pokonanych, ale w tym sezonie postanowiliśmy powrócić. Start tegorocznej TC odbył się ponownie w uśpionej, malowniczej przygranicznej wiosce, w Ustrzykach Dolnych. Trasa przebiegała wzdłuż polsko-słowackiej granicy wiodąc przez szereg szczytów polskiej części Karpat i docierając do usytuowanej w Wiśle mety, nieopodal granicy z Czechami. 150 dwuosobowych zespołów, a obok nas także Andi Rief (NoWay) i Christian Gigon, podjęło się wyzwania pokonania 500kilometrowej trasy z 14.000m przewyższenia w jak najkrótszym czasie.

Błoto po łydki, ekstremalne techniczne podjazdy i zjazdy dały nam solidnie po kościach. Co więcej w tego typu wyścigu liczy się nie tylko wytrzymałość, siła i szybkość, które tutaj wystarczają conajwyżej na dotarcie do mety, niezbędne są także umiejętności nawigacyjne i zdolność orientowania się w terenie. Trasa Transcarpatii nie jest typową znakowaną strzałkami trasą jak podczas większości wyścigów, tutaj oznaczone są jedynie punkty kontrolne i meta, które zalicza się w obrany przez siebie sposób korzystając ze szczegółowej mapy turystycznej (skala 1:50000 - 1:60000).

W ubiegłym roku ponieśliśmy razem z Gregorem katastrofalną klęskę, zbłądziliśmy tak paskudnie w lesie, że przedostatniego dnia wyścigu musieliśmy zrezygnować z dalszej jazdy.

Tym razem przed powrotem na Transcarpatię zdołaliśmy się nieco dokształcić w materii nawigacji, dzięki dwóm znajomym mistrzom nawigacji i orienteeringu. Andi i Gigi , na których zdolnościach polegaliśmy na pierwszych etapach znakomicie nas prowadzili bez dokładania sobie "bonusowych" kilometrowych objazdów. Ale pod koniec piątego dnia Gigi zaczął mieć poważne kłopoty z kolanem i szósty etap zostali zmuszeni wraz z Andim jechać wolniej. Byliśmy wtedy na trzeciej pozycji, z jednym zwycięstwem etapowym i wszelkimi szansami, żeby wspiąć się jeszcze w górę klasyfikacji.

Ale ten szósty etap! Razem z prowadzącym duetem z Belgii (Kris Hertsens/Kris Henderieckx - Doublekris) doszliśmy do wniosku, że nie wystarczy nam jazda za plecami lokalnych matadorów i faworytów, ubiegłorocznych tryumfatorów z ekipy Futura-Orbea-Team, więc zdecydowaliśmy się zaatakować i odjechać mocnym tempem do przodu. No i odjechaliśmy. Ale plan okazał się kupą w spodniach. Po 17km odbiliśmy w niewłaściwą dolinę i zostaliśmy zmuszeni do objechania całej góry aby dotrzeć do PK 2! Klęska. Wyprzedziło nas mnóstwo zespołów zanim powróciliśmy "na właściwą" trasę.

Na swój sposób motywujące dla nas było to, że cały czas kogoś mijaliśmy, ale mniej motywujące, że mijaliśmy tych samych bikerów, których zostawiliśmy z tyłu kilka kilometrów wcześniej, a którzy wybrali poprostu lepszą drogę. Tego dnia miało się to jeszcze często powtarzać. Przewaga nad czwartym zespołem w klasyfikacji generalnej była jak się okazało spora, ale nie wiedzieliśmy jak szło im na trasie 6. etapu. W końcu po 108km jazdy i błądzenia na przemian (zrobiliśmy 30km więcej od optymalnej trasy przejazdu!) i po przeszło 6 godzinach od startu dotarliśmy do mety. Sądziliśmy, że etap skończyliśmy gdzieś na odległych pozycjach, wnioskując po zespołach mijanych na trasie, które jak dotąd były zdecydowanie niżej klasyfikowane w GK. Jakież było nasze zaskoczenie, kiedy okazało się, że skończyliśmy etap na 6. pozycji tracąc około 50minut do zespołu Futura-Orbea, a Belgowie, których gdzieś po drodze zgubiliśmy dotarli do mety 2 minuty po nas!

Tak właśnie bywa na tego typu wyścigach! Wywalczenie trzeciej pozycji w klasyfikacji generalnej zostało przez nas okupione gigantycznym wysiłkiem i dlatego na ostatnim etapie woleliśmy nie podejmować już zbędnego ryzyka, koncentrując sie na obronie miejsca na podium.

Transcarpatia jest niesamowitym wyzwaniem fizycznym, mentalnym i sprzętowym. Bardzo trudna technicznie trasa zmusiła wielu bikerów do poddania się. Ze 160 zespołów, 90 dotarło do mety, rowery zakatowane warunkami, błotem, upadkami na trasie, nie mniej obite ciała bikerów - złamania na tej trasie wcale nie należą do rzadkości. Martyrologia MTB! Ale druga strona medalu to zapierające dech w piersiach widoki, kapitalne ścieżki i wiele ciekawych znajomości.

Wykończeni , ale szczęsliwi, przede wszystkim chyba z tego, że tym razem nie zaginęliśmy gdzieś w czeluściach polskich gór, dotarliśmy na metę w czasie 30h 39min jako trzeci zespół. Wygraliśmy jeden etap, a na trzech kolejnych meldowalismy się na trzeciej pozycji. Zwyciężyły chłopaki z Polski, z zespołu Futura-Orbea-Team w czasie 29h 15min przed duetem Krisów z Belgii, ich czas 29h 43min.

Polska południowa znajduje sie dosłownie rzut beretem od Wiednia (meta dokładnie 350km w kierunku północnym). Każdy kto chciałby spróbować sił w wieloetapowym wyścigu za rozsądne pieniądze powinien rzucić okiem za północną granicę i wpaść do Polski. Obok Transcarpatii warto polecić drugi tygodniowy wyścig w zachodniej części polskich gór - BikeChallenge. Oba są bezwględnie warte spróbowania!

DZIEŃ Z ŻYCIA NoTri podczas TC

Godzina szósta, budzik dzwoni dokładnie 3h przed startem, z reguły jestem już obudzony zanim rozlegnie się metaliczny dzwięk budzika. Najczęsciej leżę sobie jeszcze 5minut i zastanawiam się czy wszystko jest zrobione przy rowerze, analizuję przebieg trasy etapu, ustalam cel i taktykę. Krótko po szóstej wstaję . Poranna toaleta, sprawdzenie ubrań i plecaka przed wyścigiem. Inaczej niż Laurenz potrzebuję pół godziny, nawet godzinę czasu po obudzeniu się, żeby cokolwiek zjeść. Wieczorem poprzedniego przygotowuję sobie swój "śniadaniowy napój" (mieszanka odżywek dla dzieci, odżywek bogatych w proteiny, owsianki, wody, mleka sojowego ecc). Wypijam go przy śniadaniu, około 1.5h przed startem. 30-40minut przed startem rozgrzewka, 5-10minut przed jestem w pełni gotowy do jazdy.

Zaraz po dotarciu do mety najważniejsze jest nawodnienie organizmu i zjedzenie posiłku. Wyjadamy to co pozostało w kieszeniach koszulki. Otrzymujemy informacje gdzie znajduje się "myjnia" dla rowerów, prysznice i kwatery ewentualnie namioty. Najpierw zajmuję się obmyciem sprzętu, w późniejszym czasie jest większa kolejką chętnych i oczekujących na dostęp do węża. Rower zostawiamy w bezpiecznym miejscu i udajemy się na kwaterę. W międzyczasie cały czas coś podjadamy i pijemy. Potem czas na posiłek przygotowany przez organizatorów. 18.00-18.30 czas na kolację i koronację zwycięzców etapu, ewentualnie rozdanie mapek na kolejne dwa etapy. Po drugiej kolacji trochę czasu na luźne rozmowy "o życiu". 21.30-22.00 czas na regenerację z rozciąganiem, a potem spanie.

Tekst: Laurenz Hofstadler/Gregor Trisco www.2radchaoten.com tłumaczenie: Sebastian Nagło (rower.com)